03 Jan
Nago girls
Napisała Redakcja
Dział Moda
 
Źródło: PR Nago

 

Koniec starego i początek nowego roku zawsze skłaniają do podsumowań i nowych założeń.

Dziś szczególnie. 2020 sprawił, że musieliśmy nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości. Dopasować się do niej musiały firmy, marki, ale przede wszystkim całe społeczności.

 

Przekonaliśmy się, że „zwolnij, rozejrzyj się wokół”, przestało być tylko hasłem wołającym z nagłówków gazet, kont internetowych czy profili nauczycieli budowania samoświadomości. W końcu bezpośrednio zaczęło dotyczyć to nas. Wystarczyło kilka tygodni, żebyśmy przewartościowali to, co w życiu najważniejsze, a potem zajrzeli do szaf i uznali, że mamy aż nadto.

 

A gdy już się tym szafom dokładnie przyjrzeliśmy, zrozumieliśmy, że najważniejsza jest dla nas jakość, bezpieczeństwo i wygoda. Po prostu: „wear better”.

 

Do pracy, która przeniosła się w sporej mierze przed kamery komputera, zaczęliśmy coraz częściej zakładać dresy. A żeby poprawić sobie humor, ozdabialiśmy je biżuterią.

 

Każdy tę nową rzeczywistość musiał ułożyć inaczej. Nie inaczej było z NAGO girls – bohaterkami nowego cyklu Nago. To dziewczyny takie jak ty – wyjątkowe. Żyjące świadomie i uważne na kwestie ekologii, spełniające swoje marzenia, choć nie zawsze bywa łatwo, marzące o lepszym świecie i starające się wywrzeć na niego jak największy wpływ. Zaczynając od siebie. Działając lokalnie. Bo stąd bierze się największa siła.

 

Dlaczego 2020 był przełomowy?

Co zmieniło się w ich życiu?

Jak odnajdują się w nowej rzeczywistości?

I w końcu – jak zmieniło się ich podejście do mody?

 

Joanna Witek-Lipka – managerka w studiu Edgara Bąka, organizatorka festiwalu sztuki współczesnej Warsaw Gallery Weekend, właścicielka salonu urody Uroki.

 

 

Małą łyżką, ale sukcesywnie

 

Dobę, w znany tylko sobie sposób, umie wydłużyć przynajmniej kilkukrotnie. W jej pracy sztuka przeplata się z urodą, a białe koszule poprawiają humor. Joanna Witek-Lipka nigdy nie narzeka. Tylko działa.

 

 

Joanna, jak udaje ci się łączyć pracę z Edgarem Bąkiem z tak dużym wydarzeniem, jakim jest Warsaw Gallery Weekend i własnym salonem urody Uroki? Czy tajemnicą jest twoja doba licząca więcej niż 24 godziny?

 

Odpowiedź chyba będzie najbardziej klasyczna – im więcej ma się obowiązków, tym jest się lepiej zorganizowanym. Ale oprócz tego mam kilka swoich sposobów, np. na skrzynkę pocztową – gdy widzę rano nowe maile: rzeczy, które mogę załatwić od ręki, robię od razu, a te, na które potrzebuję więcej czasu, realizuję później w ciągu dnia. Jak pojawia się problem czy pytanie, nie udaję, że tego nie ma, ale dowiaduję się co i jak się stało, aby uprzedzić rzeczy, które dzieją się dwa kroki do przodu. Tym samym nie doprowadzam do pożarów. A jeśli już wybuchną, wystarczy wszystko dobrze rozplanować. Poza tym bardzo ważny jest „work-life balance”. W weekendy nie pracuję. Mam syna Gucia, dlatego staram się wtedy odpoczywać i nie zajmować sprawami zawodowymi.

 

Długo zajęło ci wypracowanie tej równowagi między pracą a życiem prywatnym? Bo to jest nie jest łatwa rzecz.

 

Równowaga przyszła naturalnie, gdy pojawiło się na świecie moje dziecko. Nasze pokolenie inaczej wychowuje dzieci, niż robili to jeszcze nasi rodzice. Teraz człowiek ma swoją podmiotowość od urodzenia. Więc postanowiłam, że muszę być dla syna obecna. Od 17, gdy odbieram go z przedszkola, aż do 21 kiedy idzie spać oraz w weekendy, robię wszystko, by pracą się nie zajmować. Oczywiście nie zadziało się to z dnia na dzień, ale stopniowo.

 

To i tak ogromny sukces. W końcu pracujesz na trzy etaty, a do tego prowadzisz dom i wychowujesz dziecko.

 

 

Najpierw pracowałam z Edgarem, ale w pewnym momencie poczułam, że potrzebuję więcej wyzwań, robić swoje projekty. Zaczęłam więc brać dodatkowe zlecenia, np. wideo, poza tym miałam już doświadczenie w organizowaniu wystaw, byłam agentką operową, więc zwyczajnie ciągnęło mnie do świata sztuki. Wtedy dostałam propozycję przejęcia organizacji festiwalu sztuki współczesnej Warsaw Gallery Weekend. Stwierdziłam, że spróbuję, sprawdzę się, czy dam radę. I dałam. To było bardzo formujące doświadczenie. Tym bardziej, że tego samego roku otworzyłam Uroki. Pamiętam taki miesiąc, kiedy kończyłam remont w salonie kosmetycznym, Warsaw Gallery Weekend miał się odbyć za 2 tygodnie, a w studiu Edgara zamykaliśmy gigantyczny projekt we współpracy z muzeum. Któregoś dnia spieszyłam się, żeby zdążyć odebrać syna z przedszkola i w drodze pomyślałam: „patriarchat był naprawdę dobrze pomyślany, kobiety nie pracowały” (śmiech). Ale po sekundzie mi przeszło. Zrozumiałam, że daję radę. Poza tym dzięki WGW (Warsaw Gallery Weekend) zaczęły pojawiać się po kolei fajne projekty. Właśnie produkuję kolekcję sztuki dla hotelu, współpracowałam z marką Hermès – z Anią Szczęsny przygotowałyśmy dwie witryny dla ich butiku w Hotelu Europejskim. Moja działalność art managementowa świetnie się rozwija.

 

A skąd wziął się w tym wszystkim pomysł na Uroki?

 

Jestem córką przedsiębiorcy. Mój tata miał firmę i zawsze myślałam, że moim celem zawodowym jest posiadanie własnego biznesu. Wyobrażałam sobie, że musi być związany ze sztuką, designem, albo że będzie startupem, który przeskaluję potem na cały świat. W końcu tak zaczęła przytłaczać mnie wielkość moich oczekiwań, że ze strachu nie podejmowałam żadnych działań. Potem na mojej drodze stanęła Karolina, moja wspólniczka i przyjaciółka mojej siostry. Zarządzała kiedyś salonem kosmetycznym i w końcu zamarzyła o swoim. Wtedy mnie oświeciło: czemu mój biznes nie mógłby być biznesem prostym, fajnym, dla takich dziewczyn jak my? Weszłam w to i przyznam, że było to uwalniające doświadczenie. W bańce, w której żyjemy, aspiracje są naprawdę wysokie. A okazuje się, że można robić proste rzeczy w fajny sposób. Uroki stały się miejscem, do którego przychodzą dokładnie takie dziewczyny, jak my, dziewczyny z Mokotowa, gdzie znajduje się salon, ale też z innych części miasta, pojawiają się artystki. Mieszają się tem różne światy, w których uczestniczę. Kiedyś w Urokach spotkałam byłą dyrektorkę Muzeum Narodowego, która właśnie relaksowała się przy manicure. To przyjemne uczucie.

 

Świat sztuki i branża beauty, o których rozmawiamy i w których działasz, w 2020 roku ucierpiały znacznie. Pod tym względem ten rok nadwerężył również ciebie?

 

Właściwie uratowało mnie właśnie to, że moje zajęcia są tak zdywersyfikowane. Każdej z tych branży się dostało, ale każdej inaczej. W studiu graficznym jest mniej zleceń, bo ludzie się bali, mrozili budżety, dlatego branding, rebranding czy inne prace graficzne naczęściej były odkładane. Uroki przy marcowym lockdownie były zamknięte przez 2 miesiące. W salonie zatrudniam 8 osób. Bałam się czy nie będę musiała nikogo zwolnić, a mam duże poczucie odpowiedzialności za te dziewczyny. Sama przeszłam w życiu przez różne prace: od knajp po recepcje, dlatego realnie utożsamiam się z pracownikami. Więc od razu spotkałam się z całym zespołem, przedstawiłam im, na czym stoimy, jaka jest realna sytuacja finansowa firmy i obiecałam, że zrobię wszystko, by nikogo nie zwolnić. I słowa dotrzymałam, choć teraz jest trudniej, pomocy od państwa nie ma – bo oficjalnie żadnego lockdownu nie wprowadzono, a obroty są o połowę mniejsze. Ale na szczęście nie panikuję. Myślę, że to przetrwamy.

 

A w świecie sztuki? Odważnie podjęłaś ryzyko organizacji Warsaw Gallery Weekend.

 

WGW odbyło się w pierwszy weekend października, gdy jeszcze było ciepło. To niezwykłe doświadczenie, bo ludzie byli tak wygłodniali wydarzeń organizowanych na żywo, że przed galeriami ustawiały się zakręcone kolejki. Tę edycję organizowaliśmy jednak w dużej niepewności, do końca nie wiedzieliśmy czy festiwal będzie mógł się odbyć, dlatego zdecydowaliśmy się na to, żeby była to edycja jak najbardziej lokalna. Poczułam, że sztuka daje ludziom coś, czego nie daje online…

 

Choć w ostatnich miesiącach to właśnie online stał się główną platformą kulturową – to tam działy się spektakle teatralne, koncerty, premiery filmowe, wystawy. Co o tym myślisz? Powiedziałaś, że z twojego doświadczenia wynika, że ludzie potrzebują bezpośredniego kontaktu ze sztuką, mimo wszystko.

 

Niektóre rzeczy łatwiej przenieść do online’u, inne gorzej. Gdy wielkie światowe muzea udostępniły w marcu i kwietniu swoje kolekcje, tłumnie ruszyliśmy oglądać zbiory, których być może nigdy nie mielibyśmy przyjemności i szansy zobaczyć, a z pewnością nie w środku dnia. O ile kino czy teatr naturalniej przenoszą się do online’u, ze sztuką jest gorzej. Miejsca związane z kulturą zawsze mają swoją atmosferę będącą składową całego doświadczenia. Galeria jest miejscem szczególnym – panuje w niej rodzaj ciszy przełamywanej półszeptami, możesz podejść do obrazu, zobaczyć fakturę farby naniesionej na płótno czy trójwymiar – jeśli to praca przestrzenna. Tego nie da się odzwierciedlić w „viewing roomie”. Zostaliśmy zmuszeni do przeniesienia się do online’u z pracą i nauką, więc oglądanie tam jeszcze sztuki – to już zbyt wiele. Sztuka to spotkanie. I nadzieja na to, że poprzez nią powróci normalność – tak wielka jest potrzeba wyjścia i przeżycia tych efemerycznych doświadczeń.

 

W tobie, jako osobie zarządzającej, zadaniowej, ten 2020 coś zmienił? Zaczęłaś inaczej pracować, patrzeć w nowy sposób na kwestie organizacji?

 

W moim przypadku praca z domu się sprawdziła. Przed pandemią mój dzień wyglądał tak, że odprowadzałam syna do przedszkola, jechałam do studia na Ochocie, jeśli musiałam coś zrobić z WGW lub Urokami, to jechałam albo w jakieś miejsce w centrum, albo na Mokotów… Było tego sporo, więc możliwość załatwienia tych wszystkich spraw przed ekranem komputera to duża oszczędność czasu – bo po pierwsze nie dojeżdżam, a po drugie te spotkania trwają krócej, online jest szybszy niż real. Jak widać ludzie szybko się adaptują do nowych warunków. Nauczyliśmy się w jakiś sposób żyć z wirusem. W pracy, wśród klientów przyszły rok planowany jest ze świadomością, że pandemia nadal będzie, ale między majem a wrześniem wirus będzie trochę słabszy, więc w tym czasie kumulujemy działania. Metody planowania z pewnością się zmieniły. Ja od zawsze jestem zachowawcza. Mój tata miał takie powiedzonko, które bardzo mnie – jako dziecko – bawiło, ale teraz absolutnie się z nim zgadzam: „małą łyżką, ale sukcesywnie”. Dziś właśnie w taki sposób myślę w pracy. Jestem bardzo ostrożna, ale działam.

 

A co ze stylem? Zauważyłaś jakieś zmiany czy pozostałaś wierna sobie?

 

Przez wiele lat ubraniom i wyglądowi nie poświęcałam dużo uwagi, ale im jestem starsza, tym bardziej się na tym skupiam. Okazało się, że strój ma znaczący wpływ na moje samopoczucie. Jak mam zły dzień, to zakładam białą koszulę, bo wiem, że to zadziała. Kocham białe koszule! Podnoszą mi nastrój. Może to niepopularne, ale w pandemii, gdy musiałam pracować z domu, najpierw, jak wszyscy, siedziałam na kanapie w dresie i z komputerem. W końcu poczułam, że muszę się ubrać, jakbym wychodziła z domu do pracy i nie mogę siedzieć na kanapie, ale przy stole. To, że mój syn nie chodził do przedszkola bardzo mi pomogło. Wiedziałam, że ma ograniczony czas koncentracji – 3, 4 godziny w ciągu dnia, kiedy słuchał słuchowisk. W tym czasie musiałam zrobić wszystko, co było do zrobienia.

 

Zaczęłaś zwracać uwagę na zrównoważone podejście marek do mody? Na wysokiej jakości materiały, które nie rozpadają się w rękach po dwóch sezonach?

 

To od zawsze było dla mnie bardzo ważne. Szczególnie dziś, jako matka, dużo rozmyślam nad przyszłością świata. Co zostawimy naszym dzieciom? Momentami jestem nawet na skraju depresji klimatycznej. Dlatego prowadzę politykę niekupowania nowych ubrań, choć jednocześnie mam potrzebę posiadania nowych. I na to znalazłam rozwiązanie. Przed pandemią 2 razy w roku organizowałam w mieszkaniu wymianki ubraniowe. Z 10-20 znajomymi składałyśmy rzeczy na kupę i się nimi wymieniałyśmy. Zaspokajało to moją potrzebę posiadania nowych ciuchów, a jednocześnie nie wydawałam pieniędzy w sieciówkach. W ogóle 2 lata temu, na jednej z Facebookowych grup, moja znajoma wystawiła na sprzedaż golf Nago. Kupiłam go i natychmiast się w nim zakochałam. Chodzę w nim od tego czasu bardzo intensywnie i nic się z nim nie dzieje. Nago to marka zrównoważona, zwracająca uwagę na zmiany klimatyczne – to dla mnie jedyny argument, aby kupować nowe ubranie.

 

Jakie było największe wyzwanie, jakie postawił przed tobą 2020?

 

Chyba zmierzenie się z taką popularną ideą „have it all”. Nie wierzę w tę ideę bycia najlepszym na wszystkich polach. Jednocześnie wiele rzeczy skumulowało się na raz: mieliśmy w domu pracę, szkołę, dom i trudno w tym wszystkim było odnaleźć balans. Z drugiej strony okazało się, że życie bez FOMO (Fear of missing out) jest świetne. Wśród wyzwań pojawiło się też wypracowanie odpowiedzialności, żeby stres, lęk umieć po którejś godzinie odłożyć na półkę i skupić się na tym, że jestem zdrowa, mam syna, mogę pojeździć z nim na rowerze. Chyba też nigdy nie doświadczyłam w taki sposób wiosny, jak w 2020 roku. Codziennie wychodziliśmy na godzinny spacer i odkryłam, że kwiaty kwitną długo, a nie 2 dni, jak wydawało mi się zawsze. To było fajne.

 

Co przyniesie twoim zdaniem najbliższa przyszłość? I co chciałabyś, żeby przyniosła?

 

Trudne pytanie… Marzyłabym, żeby przyszłość była wyciągniętą lekcją z teraźniejszości, żeby większy ciężar istotności przenieść na życie domowe, żeby kapitalizm zwolnił, żeby normalnym było, że ludzie potrzebują czasu dla siebie, swojej rodziny, dla zdrowia psychicznego. Marzę o tym, żeby pandemia się skończyła i żeby można się było spotykać z ludźmi. Tych spotkań bardzo mi brakuje. Długo nie marudziłam, ale chciałabym, żeby było już normalnie. Ten rok był bardzo dziwny.

 

Rozmowa: Maja Chitro
Zdjęcia: Karol Grygoruk
Make-up: Karolina Golis 

 

Źródło: PR Nago


Kategorie:

Dodaj komentarz


Projekt Studiom4.pl